Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

„Palcowe” podsumowanie letniego ( a jednak gorącego) pobytu na łonie natury.
Notatkę dodano:2015-09-23 22:00:53

    Nie maczałam ani jednego palca w utrudnianiu sobie dostępu do Internetu. Na palcach policzyć mogę, ile razy upał pozwolił mi na ruszenie palcem by „wejść” w medialny świat. Jedno i drugie zaowocowało niesłyszeniem wiadomości wyssanych z palca i patrzeniem przez palce na wszystko, co palcem na wodzie pisane.

    Na szczęście lub nieszczęście (wybór wyborem pogania) zdążyłam się przekonać, jak wielu ludzi nie tylko wszystko - zna jak swoje pięć palców, ale i - ma w jednym palcu. Nadal nie potrafiłam jednak zrozumieć, dlaczego wszyscy chcą a w dodatku wierzą w to, że uda im się większość owinąć wokół małego palca.  

    Od dziecka uczono mnie, że nie ładnie jest pokazywać palcem, dlatego wytykać palcami nikogo ani niczego nie będę. Przyznam się jednak, że od razu po powrocie do domu włączyłam telewizor i usłyszałam słowa, które sprawiły, że zamiast zamartwiać się myślą „"Ciemność, widzę ciemność! Ciemność widzę!”, krzyknęłam z radości: „"Na twoim miejscu nie śmiałabym się tyle. Robią ci się zmarszczki" (Seksmisja).

                                                           *

A słowa? Nic wspólnego - z palcami - na pewno nie miały: „Biały jeleń z kozim mlekiem”

 

 


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Ja wcale nie leniuchuję.
Notatkę dodano:2015-06-02 20:24:57

Tak zaczęło się moje kolejne spotkanie z sympatyczną nieznajomą i młodą bohaterką.  

 

            Perfekcyją panią domu nigdy nie byłam i zwyczajne, domowe obowiązki starałam się na różne sposoby odwlekać w czasie. Niestety, nie należałam do tych kobiet, które nie zdawały sobie sprawy, jakim szczęściem jest również to, że może ich wyręczyć ktoś w tej syzyfowej pracy. Chociażby nawet krasnoludki, które naprawdę sa na tym świecie, ale stanowczo za krótko nam pomagają. Tak mniej więcej do trzech w porywach do czterech lat naszego życia. Wolałam w nie wierzyć dłużej, ale rodzice, a szczególnie mama już mi nie pozwalała. Jako bardzo młoda kobieta nie miałam czasu na znalezienie własnego sposobu na urozmaicenie sobie tych nudnych, niewdzięcznych a pracochłonnych czynności. Niespodziewanie i dla mnie okazało się, że każdy wiek ma swoje dobre strony. Więcej wolnego czasu a mniej spraw do załatwienia zaskutkowało licznymi spotkaniami w najmniej oczekiwanych momentach i nie do przewidzenia efektami. Na przykład przypapalało się mięso pieczone na obiad a ja za karę musiałam doszorować brytfankę. Jednak pozytywy, przeważały. Sprzątanie robiło się „samo”.

            Spotkania z bohaterką tej historii również nie zaplanowałam. Któregoś dnia włączyłam odkurzacz i w myślach usłyszałam słowa.

            Michał na ojca się nie dawał. Mógł być dawcą nasienia. Anonimowym. Nieświadoma niczego kobieta zaakceptowałaby jego kolor oczu, sylwetkę i wygląd zewnętrzny. Nawet pozorną kulturę i inteligencję. Tej nie mogłam negować.

             Byłam pewna, że jestem sama w mieszkaniu, mimo to rozejrzałam się i po chwili, trochę wytrącona z równowagi odkurzałam w takt słów.

            Nadmiar wielorakiego wiedzenia jest bardzo szkodliwy, o czym też już wiem. Wiedząc, nie wolno mi było mieć dziecka z Michałem. Nie mogłam swojemu dziecku zafundować połowy wadliwej matrycy. Obserwować jak rośnie, rozwija się i działa maszyna stworzona do obróbki, miażdżenia i przemielania wszystkiego. Ożywionej i nieożywionej materii. Zaprogramowanej tylko na zysk. Po trupach.

             Przyznam, że poczułam się dziwnie. Wyłączyłam „gadający” odkurzacz i poszłam do kuchi napić się wody. Mój psiak pobiegł za mną wyraźnie zdenerwowany. Pijąc, słyszałam.

            Jakaś tam Ewa figlowała z Michałem w łóżku, na podłodze, w wannie z bąbelkami, na bujanej kanapie (zawrót głowy gwarantowany, jak nie od jednego to od drugiego). Ta zaś, co słuchała, obserwowała zachowanie i reakcje Michała, to była nie ta sama Ewa. Ta była w panice. Przed samą sobą chciała uciekać gdzie pieprz rośnie, albo i jeszcze dalej.

             Słysząc „Ewa” poczułam ulgę. Nie mógł to mówić odkurzacz będący rodzajem męskim. Psiak też nie, bo i był płcią męską, i ma na imię Bard. Dłonią rozcierałam czoło, by zagłuszyć nieznajomą kobietę...

 

Słuchając kobiety przypomniałam sobie słowa:

 

Nie, ta sztuczka się nie uda...

Jak można wytłumaczyć prawami chemii

i fizyki tak ważny biologiczny fenomen,

jakim jest pierwsza miłość. ( Albert Einstein)

 

Po wyjściu już bardzo dobrej znajomej Ewy pomyślałam, że nie tylko pierwszej miłości - każdej.

 

 

                                                          

                                                   

                                                           

                                                                                                    

 

 

                                                

                                                                                                                           

                                                        

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Właściwy wybór wrodzonej przewrotności
Notatkę dodano:2015-05-21 15:32:50

Cofać się do tyłu nie wolno, czyli jednak tylko i wyłącznie powinnam teraz cofać się - do przodu, a nie skręcać w bok. Jeszcze w dodatku ogólnie generalizując mogę liczyć na nieskończone wprost i odwrotnie proporcjonalne policzalne polepszenie z poprawą. Okres czasu muszę niestety wykorzystać na dalszą kontynuację powrotu do cofania się do tyłu. Właściwe zrozumienie faktu autentycznego - postawić krzyżyk.

Na szczęście mam jeden właściwy wybór. Dobrowolnie i tylko według własnego uznania decydować, co powinnam, mogę i muszę.

 

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Brzydko mówiąc, to się nie mieści...
Notatkę dodano:2015-04-23 20:58:13

Ciągle się łudzę, że w reklamach już nic mnie nie zaskoczy.

Dziś obejrzana reklama zszokowała mnie tak, że sama siebie postanowiłam zaskoczyć i w skrócie opisać tu powód – szoku.

Młoda matka. Problem -  hemoroidy. Raz użyła/zażyła/włożyła rewelacyjny środek. Problem z „głowy”. Wielka ulga i szczęście na twarzy na widok małego szkraba. Przytulenie go i radość z jakże ważnego powodu. Wreszcie będzie mogła pomyśleć o rzeczach ważniejszych niż hemoroidy.

Według mnie, to się nie mieści się – w niczym.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Co robię, przed, żeby nie wpaść w pułapkę.
Notatkę dodano:2014-12-30 13:31:47

Dlaczego dopiero tak póżno, odkryłam pułapkę Nowego Roku? To proste. Nie słuchałam "paplaniny staaaarych" ludzi z mojego otoczenia: babci, mamy, cioć rodzinnych i przyszywanych.

 

Północ.

      Spojrzałam na zegarek i wyszłam na balkon. Czekałam, aż zaczną strzelać sztuczne ognie, z myślami przepełnionymi czasem. Pojęciem, którego nie można jednoznacznie zdefiniować. Nie istnieje dla przyrody czy zwierząt a jednocześnie jest niezbędną wartością dla funkcjonowania ludzi. To ludzie potrzebują świadomości początku i końca. Pory snu i działania. Pracy i odpoczynku. Podziału na to, co było, żeby wiedzieć, że jest teraz i że będzie jutro ( w zasadzie powinno się mówić: może będzie). Po to wymyślono rok z podziałem na miesiące, tygodnie, dni. Dobę, godziny, minuty i sekundy. I to ludzie, odnotowali z satysfakcją, że „namacalnie” ujarzmili czas: przeliczając, mierząc, określając upływ czasu. 

Przypomniał mi się wierzyk T. Boy-Żeleńskiego i wyrecytowałam głośno do rozgwieżdżonego nieba:

            By uniknąć ambarasu,

            Wzięto rok za miarę czasu.                          

            Dzielą go (bardzo wygodnie)

            Na miesiące i tygodnie.

            Tydzień znów z grubsza podzielę

            Na zwykłe dni i Niedzielę.

            Do pracy są zwykłe dzionki,

            A Niedziela dla małżonki.

      Nieujarzmiony czas, nie zwracając uwagi na to, co się o nim myśli, co mu wypada a co nie: biegnie, płynie, cofa się lub stoi w miejscu. Pozwala sobie mieć dobre i złe humory, i wtedy sprawia, że ludzie tracą poczucie czasu i ze szczęścia, i z wielkiej rozpaczy. Zezłoszczony niedocenianiem go – perfidnie mści się. Sam będąc wiecznym – co do sekundy odlicza ludzki czas. 

      Strzelanie na powitanie Nowego Roku uświadomiło mi, że  ludzie wiwatując, ściskając się, całując – zatracają świadomość i nie widzą, że wraz z deszczem świetlistych ogników ich wzrok atakuje pierzasta ślepota. Oślepieni przyjmują z radością noworocznego bobasa, nie dostrzegając w nim konia trojańskiego, który podrzucił im w prezencie – zapomniany czas.

     Ten, który często jest przygarbiony od nadmiernego ciężaru noszonego na plecach. Ten już spowolniały od zużycia materiału w nieprzeliczalnej w kilometrach wędrówce. Ten, u którego inni dostrzegają tylko liczne zmarszczki, zwiędniętą skórę i opadające powieki.

      Ten, któremu odebrano już prawo do widzenia w kolorach. Słyszenia mruczących zalotów dochodzących z dachu. Oddychania orzeźwiającym powietrzem wiosny, korzystania z energii promieni letniego słońca i pląsania po jesiennych liściach. Ten, który jest tylko zdziwaczałym i śmiesznym, chcąc ogrzać się w zimie dotykiem czyjegoś ciała.

      Ten, który pod powłoką starca dalej jest tym, którego tak niedawno witano z radością, uśmiechem lub łzami szczęścia

      Zlekceważony, odrzucony, potraktowany jak bezużyteczny przedmiot, nie obraził się, tylko podrzucił dowcipny prezent. Odchodząc samotnie, wybełkotał bezzębnymi ustami: „Pa. Do rychłego zobaczenia”. I śmiejąc się cichutko zapewniał: „Przywitam was tam, gdzieś, w lepszym świecie, z indywidualną atencją, każdego tak, jak pożegnał mnie”. 

On – Stary … – Rok.

      Noworoczny dzidziuś obdarzony jest unikatową umiejętnością manipulowania czasem. Normalnym śmiertelnikom wydaje się, że czas porusza się jak wahadło. W lewo, w prawo i znów w lewo i ponownie w prawo. Pewnie constans?!

     Niekiedy czas zatrzymuje się w miejscu i niektórzy chcieliby go przyśpieszyć. Nic z tego. Trwa i trwa. Strzałka sekundnika porusza się w niewidocznym tempie, jakby zamarła w miejscu. Innym razem jakby się opiła szaleju gna na oślep, żeby nie dać się wyprzedzić tej minutowej i godzinowej. Dla większości ludzi czas jest czarowną studnią bez dna. Są przekonani, że zaczerpną chwile z jutra, z za rok, z za trzy, z za dziesięć – i nadmiar czasu nigdy się nie skończy.

      I tylko malutki przybysz przemoczony szampanem, oślepiony ogniami i ogłuszony petardami, zdaje sobie sprawę, że starzeje się z sekundy na sekundę, z minuty na minutę. A my z zaskoczeniem, zdziwieniem, najczęściej z niedowierzaniem i towarzyszącym lękiem, już jesteśmy w czasie, w którym towarzyszy nam nadzieja, że ktoś nie zapomni nas pożegnać, zajęty ściskaniem rąk młodości.

      Na balkonach sporo ludzi. Strzelały, spóźnione korki od szampana, wznoszono okrzyki: „Za Nowy Rok”, a ja szeptem rozmawiałam ze wszystkimi moimi Starymi Roczkami.

     „Przepraszam, że wymijałam was w pośpiechu i omijałam szerokim łukiem biegnąc ku życiu. Za to, że złorzeczyłam na codzienną monotonność. Za to, że klęłam na dłużyznę minut. Za to, że wściekałam się na prędkość, z jaką mijały cudowne chwile. Za niedocenienie niezwykłości godzin, które odganiałam jak uprzykrzone robactwo. Za to, że ciągle liczyły się tylko te następne, z niecierpliwością wyczekiwane, w których pokładałam nadzieję na lepiej, radośniej, szczęśliwiej”.

     Po chwili refleksji w myślach dodałam: „Doceniam ten okrutny czas, który przyszedł po dobrym i dziękuję za szansę na przyjście dobrego po złym”.

     Znów szeptem przyrzekłam: „Nie zmarnuję już ani jednej godziny, przywitam każdy dzień, ostrożnie obchodzić się będę z każdą minutą i pożegnam z myślą, że przeżyłam czas świadomie”.

     I patrząc w nowy czas uciekający do gwiazd, postanowiłam: „Uroczyście i z szampanem żegnać się będę z każdym dniem Starego Roku. Dopiero potem przywitam Nowy Rok, obmyślając sposób na zaproszenie miłych chwil, wiedząc, że złe wproszą się same”.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wiecznie żywe wspomnienia świąt wz dzieciństwa
Notatkę dodano:2014-12-09 14:29:12

Wspomnienia, czy bohaterek "Pułapki Nowego Roku", czy i moje? To pytanie zostawiam bez odpowiedzi :)

 

    Poważne rozmowy o życiu postanowiłyśmy przełożyć na stosowniejszy czas. We trzy chciałyśmy poczuć magię czasu zbliżającej się, jedynej, niepowtarzalnej kolacji wigilijnej. Skrobiąc karpia, siekając ugotowane suszone grzybki, doprawiając mak na strudel, rozmawiałyśmy o naszych domach rodzinnych i latach, w których oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę i Świętego Mikołaja na zawsze pozostają w pamięci. 

    – Przywiązywałyście nitki do cukierków, żeby powiesić na choince – spytała Kryśka, chichocząc i widząc nasze kiwające głowy, dopytała: – Wyciągałyście ostrożnie cukierki i wieszałyście puste papierki? – I patrząc na nasze zawstydzone miny, groziła nam palcem.

    – Kolorowe łańcuchy, koszyczki, papierowe gwiazdki były? – Retoryczne pytanie zadała Anka.

    – Ja zjadłam w nocy cały mak przygotowany do klusek z makiem – przyznałam bez bicia i dostałam po łapie od Kryśki, która przygotowywała masę makową, ale ciut mi na palcu zostało. Oblizałam i poskarżyłam się: – Nie bij. Łakomstwo zostało ukarane. Cały dzień było mi niedobrze.

      – To ja też się wyspowiadam – zgłosiła się na ochotnika Anka, wkładając do wywaru dzwonka ryby. – Byłam jeszcze bardzo mała, a już przed świętami plądrowałam we wszystkich możliwych miejscach, żeby znaleźć prezenty. Nawet w pojemniku na brudną pościel.

       – U mnie, ojciec w dzień przed wigilią, kupował dużą choinkę, taką do samego sufitu – oczywiście ręcznie musiałam sobie pomóc, w pokazaniu wysokości drzewka – potem oprawiał i pachniało w całym mieszkaniu. Zawsze na podłodze rozkładał lampki i sprawdzał, czy się palą. Zawieszał, zapalał i …

       – Nie paliły się. – Krzyknęły jednocześnie.

       – Rokrocznie powtarzało się to samo a mama mówiła, że robi to specjalnie, bo nie chce pomagać w kuchni – wspominałam dalej. – Broniłam tatę, bo widziałam, że siedział w kucki na podłodze i męczył się. I wiecie, co? – Spytałam pewna, że nie wiedzą.

       – I mama miała rację. – Odpowiedział mi zgrany duet.

       – Anka, ty wałkuj już ciasto na pierogi, ja będę lepić – zadecydowała Krysia. – Zawsze widzę twarz mojej babci, która widząc, że płaczę, znała powód. Rodzicie corocznie powtarzali, że tym razem Mikołaj przyniesie mi rózgę. Ja od rana w Wigilię pociągałam nosem, wypatrując Mikołaja. Kaśka, dopieprzyłabym farsz – podała mi łyżeczką do spróbowania i nie czekając aż spróbuję, pieprzyła, wspominając: –Babcia przytulała mnie i uspokajała, że ona spotkała Mikołaja i zapewniła go, że jestem najgrzeczniejszą, najmądrzejszą, najśliczniejszą i najbardziej kochaną ze wszystkich wnuczek na świecie i koniecznie musi do mnie przyjść nie z rózgą, a z prezentami – westchnęła. – I jak już nie wierzyłam w Mikołaja a babcia zmalała, to ja ją przytulałam i udawałam, że chlipię. I do końca swojego życia babcia powtarzała te same słowa – pociągnęła nosem prawie sześćdziesięciopięcioletnia wnusia i zamyśliła się. Wiedziałyśmy, że rozmawia z babcią. – Wiecie dziewczyny, że do dziś pamiętam jak czułam się bezpieczna, silna i wzmocniona tą mantrą wypowiadaną przez babcię.

      – Mnie, nauczyła dwóch bardzo ważnych rzeczy – uznałam, że czas na przyjście mojej babci. – Pierwsza to: „Zanim sobie odpowiesz, poczytaj, co mądrzejsi na ten temat myślą”. Druga, za co jestem jej tak samo wdzięczna, to nauczyła mnie dostrzegać sytuacyjny humor i śmiać się samej z siebie.

      – Anka – przerwała mi Krystyna. – Kaśki dowcipy są okropne. Wisielcze albo makabryczne. Fuj. W dodatku uwielbia filmy, po których ja boję się zasnąć, słysząc tajemnicze odgłosy i widząc wszędzie zjawy.

       – O jej filmowo-książkowych gustach wiem – przyznała Anka. – Ale jakie te kawały? Kaśka, pamiętasz jakiś ulubiony dowcip twojej babci?

        – O, nie! – żywo zareagowała Krysia.

        – O, tak! – udałam, że nie widzę jej dalszych, błagalnych próśb spojrzeniowych.

        – Aniu, gdy moja babcia była już bardzo chora lekarz namawiał ją na szpital. Nie zgadzała się i powiedziała: „Panie doktorze, proszę się rozchmurzyć, opowiem panu kawał”. Po czym z uśmiechem palnęła ten, co ja jej kilka dni wcześniej opowiedziałam: „Przychodzi trup baby do lekarza i od razu kładzie się na kozetkę. – Gdzie mi się pani tak tu rozkłada? – zdenerwował się lekarz. – A co, mam gnić w poczekalni?”.

        Kryśka powzdychała i popukała się w głowę, Anka zaśmiewała się a ja kontynuowałam, przywoływanie babci.

        – Mnie i mamę to nie zaskoczyło. Ale gdybyście widziały minę lekarza. Niedowierzanie plątało się z podziwem. Powiedział: „Bez pani zgody, pani Mario, nie ma sensu wypisywać skierowania”, ale takim innym tonem, mówił do kobiety, a nie do przedmiotowej staruszki.

        – Kasiu, miałyśmy podobne babcie – ucieszyła się Anka. – Z moją umówiłyśmy się, że da mi znać, jeżeli będzie mogła, czy jest tamten świat.

        – I co? – Spytała żywo zainteresowana Krystyna, która święcie wierzyła w duchy.

        – Dała?

        – Nie – roześmiała się Anka i widząc nasze rozczarowane miny, wyjaśniła: – Widocznie, nie mogła, bo jakby mogła, to by słowa dotrzymała. A wiecie, jakie mojej babci było ostatnie życzenie? – Spytała głupio, bo skąd miałyśmy wiedzieć i zalewała galaretą obrane ze skóry, ułożone i udekorowane kwiatkami z pietruszki i marchewki filety karpia.

        – Powiedz wreszcie – zniecierpliwiła się Krysia.

        – Chcę, żeby moje zwłoki poddano kremacji, a prochy rozsypano na parkingu restauracji McDonald's – Anka, mówiąc, puściła do mnie oczko.

        Parsknęłam śmiechem nie dlatego, że znałam ten dowcip, tylko na widok zaskoczonej miny Krystyny.

        – Dlaczego?! – Spytała zniesmaczona.

        – Bo chciała mieć pewność, że co niedziela dzieci będą odwiedzały miejsce jej wiecznego spoczynku.

            Śmiałyśmy się tylko my, bo Krystyna prychnęła, wstała i zapodała, że pierwsza wchodzi do wanny i to już, bo nie chce dłużej przebywać w naszym, do szpiku kości zepsutym towarzystwie. I całkiem poważnie, dodała: „Polężę trochę w pianowych chmurach i ponucę kolędy” i nie dopuszczając Anki do głosu, potwierdziła: „Każde miejsce jest odpowiednie, oby bez was”. Wyprostowała sylwetkę i majestatycznie wyszła z kuchni, odprowadzana naszym chichotem. Anka zaklepała kolejkę po niej. Wszystko było przygotowane. Karp do smażenia czekał w lodówce. Wprost z patelni z postną kapustą wigilijną będzie wyśmienity. Żadna z nas nie chciała skorzystać z faktu, że biskupi znieśli obowiązek zachowywania postu od pokarmów mięsnych w Wigilię Bożego Narodzenia. Czym kolacja wigilijna różniłaby się od normalnej? Przecież tylko w ten gwiazdkowy wieczór niezapomniany smak ma kompot z suszu śliwkowo-jabłkowo-gruszkowego, beztłuszczowa i bezmięsna, popieprzona i posolona woda grzybowa z kluskami czy smażony karp z kapustą z lnianym czy rzepakowym olejem. Śmiałyśmy się, że nie możemy narazić naszych babć, mam i nas samych na dyspensję brzuszną i dyskomfort psychiczny.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Nie szczypta Joli w Joli
Notatkę dodano:2014-10-21 10:10:52

Co myślę o sobie jako o „pisarce”? Kim byłaby idealna Jolanta Kwiatkowska w idealnym wszechświecie? Dlaczego do powiedzenia „szczypta cukru, szczypta soli, ale nie szczypta Joli” dodaję - ale nie szczypta Joli w Joli?

Na te i inne pytania odpowiadam Jakubowi Winiarskiemu. Zapraszam do przeczytania wywiadu - klik!


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Niewdzięczność zwykłych ludzi przechodzi ludzkie pojęcie.
Notatkę dodano:2014-09-21 16:30:39

Od kogo można dostać na piśmie potwierdzenie, że będziemy żyć długo i to bez względu na obecny wiek?

     Od jasnowidza? Wróżki? Nie. Pogadają, przeliczą kasę i tyle. W dodatku wróżyć każdy może nie legitymując się żadnymi papierami z honorowanymi pieczęciami i podpisami zapewniającymi, że dana „osobistość” ma odpowiednią wiedzę teoretyczną a jej staż wskazuje na doświadczenie, czyli kto - jak kto, ale „osobistość” wie, co mówi i bierze za to odpowiedzialność.

      Jedyna odpowiedzieć na powyższe pytanie według mnie brzmi: „Tylko ten, ci, – co powyższe papiery mają i teorię - praktyką zamienili w pewnik, a w dodatku kierują się prostą a tak jednoznaczną zasadą: „Primum non nocere”.

      Z powyższego jasno wynika, że jeśli „ludź” ma wyznaczony termin operacji za kilkanaście lat (ostatni przykład to termin na 2031 r dla osoby, która skończyła 65 lat) – to przynajmniej dobrym słowem powinien podziękować za „gwarancję” długiego życia przed wyznaczoną datą w dodatku z pewnością, że bez żadnej szkody dla zdrowia (jak wyżej). I nie tylko. Przynajmniej jeszcze rok, czy dwa dłużej, bo bez sensu byłby efekt: poddany zabiegowy zszedł w trakcie czy tuż po zabiegu.

 „Opieczętowany teorią i praktyką glejt” zapewniający długowieczność nie zasługuje na niewdzięczność. To po prostu przekracza ludzkie pojęcie.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Zgodnie z sumieniem - z którym?
Notatkę dodano:2014-07-30 15:54:50

 

      „Tylko czy ja mam sumienie? Podobno każdy ma. To nasza podświadomość i nadświadomość, z mocy których należy sobie zdawać sprawę. Dla wierzących to podpowiedź Ducha Świętego. Dla wszystkich innych to intuicja, która podpowiada często wbrew naszej świadomości. Sumienie to zdolność pozwalająca ocenić i wybrać to, co jest dobre lub złe. Cnotę lub grzech. Uczynek chwalebny lub naganny. Z lekcji religii pamiętam, że sumienie, samo z siebie, też nie jest mądre. Potrzebna jest podpowiedź Boga. To On jest źródłem mądrości dla naszego rozumu. Ale pamiętam też, że sumień jest wiele. Nieraz rozmawialiśmy o tym z Piotrem i z jego ciocią. My obstawaliśmy, że jest jedno. Ma człowiek sumienie albo go nie ma. Zgodnie z logiką. Ciocia próbowała nam wyjaśniać poszczególne sumienia, zgodnie z nauką wiary. Sumienie szerokie to takie, które lekceważy grzech. Przytępione u ludzi, którzy tak się przyzwyczaili do czynienia zła, że uważają zło za normalność. Sumienie skrupulatne mają ludzie dopatrujący się grzechu tam, gdzie go nie ma. Fałszywe – ci, którzy uznają za dobre to, co w rzeczywistości jest złe, a za złe to, co jest dobre. I jest sumienie prawdziwe. Takie, które za dobre uznaje to, co rzeczywiście jest dobre. Widzi zło tam, gdzie ono rzeczywiście jest. To nie wszystko. Jest też sumienie pewne. Takie mają nieliczni. Ci, którzy bez wahania wiedzą, co jest dobre, a co złe.

       Z myśleniem logicznym od dawna miałam kłopoty. Jeżeli każdy ma sumienie, to i ja powinnam je mieć. Jeżeli miałam, to na pewno od bardzo dawna – fałszywe. Radość, że znów odnaleźliśmy siebie, zaślepiła mnie. Piotr był taki czuły. Śmiałam się, że łasi się do mnie jak pies. On dodawał: „Tak. Bardzo stęskniony i najwierniejszy”. Słyszałam słowa, czułam pieszczoty, ale nie zwróciłam uwagi na tak raptowną zmianę jego zachowania. Jeżeli nawet czasami byłam zaskoczona jego zaborczością, to tylko rozpierała mnie radość, że jest tak nienasycony. Kierowałam się sercem, bo rozum już był malutki. W dniu, w którym myślałam, że nic mnie już nie jest w stanie zaskoczyć, obiecałam sobie: przyjmuj wszystko jako oczywistość przeznaczenia. Nie doszukuj się sensu, i tak nie zrozumiesz. Przyjmowałam, do dnia, w którym prosząc – nakazano mi dobrowolnie, z premedytacją stać się…”.

 

 Fragment z „Rozsypanych wspomnień”.          

 

 

 

 

 

Fragment z „Rozsypanych wspomnień”.          


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Ulżyłam sobie, komentując to i owo.
Notatkę dodano:2014-06-20 14:40:45

            Słysząc tych i owych, tu i tam też nie mogę się powstrzymać, żeby nie skomentować tego i owego. I tych, i tamtych. Niestety mój komentarz musiałby wyglądać tak: ***** ***** ***** *****… i nie wiadomo, jak byłby odczytany, dlatego jednak skomentuję bez użycia gwiazdek.

O Wy -  bufony, kameleony, chorągiewki na wietrze.

O Ty – ni w pięć ni w dziewięć, wazelino, zdarta płyto, talencie na zakręcie.

 

Niech Was licho powie.

Niech Cię dunder świśnie.

Uff. Ulżyłam sobie.

 

 

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1677846
Osób: 1525181

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl